W drodze na Kazbek
Bardzo rzadko opisuję moje podróże i z reguły preferuję przemawiać obrazem (być może niesłusznie), jednak tym razem za dodatkową namową uznałem, iż przygoda z masywu Kazbeka jest warta opisania i przekazania dla tych którzy pragną zdobyć tą wspaniałą górę i nie tylko.
...a było to tak
Pomysł pojawił się około 6 tygodni wcześniej, i został podrzucony przez mojego kolegę z pracy, dzielnego Marcina, który co prawda na Kazbeku również poległ (ze względu na złą pogodę) ale ma już na swoim koncie takie góry jak Elbrus czy McKinley. Służył nam radą aż do wyjazdu oraz pożyczył kilka niezbędnych gadżetów pozwalających przetrwać w górach Kaukazu zimą.
Uznając że ogólne doświadczenie mam wystarczające a Marzena przeszła kurs turystyki zimowej i poruszania się po lodowcu, nasze przedwyjazdowe kroki skoncentrowały się na odpowiednim przygotowaniu fizycznym (tego baliśmy się najbardziej) oraz sprzętowym. Dodatkowo ja studiowałem wspomnianą w tytule górę przez dobry miesiąc. Zapamiętywałem trasę ze zdjęć innych wspinaczy oraz wszystko to co mogło nam pomóc.

Przyznam szczerze, że przed wylotem do Gruzji byłem bardzo nerwowy i intuicyjnie bałem się tej góry jak bym przeczuwał jak bardzo da nam się we znaki.
Dzień pierwszy
Na lotnisku w Tibilisi wylądowaliśmy o godzinie 4 rano czasu lokalnego, miał tam czekać na nas kierowca z kartką Marzena, niestety w samolocie była jeszcze jedna Marzena, która jechała do Kazbegi i po prostu zwinęła nam drivera z przed nosa. Trochę to wszystko było dziwne i skończyło się naszym kiblowaniem na terminalu przez kilka następnych godzin.
W Kazbegi powitała nas Ewa, szefowa biura turystycznego Mountain Freaks (tutaj link jak ktoś gdzieś coś http://mountainfreaks.ge). Osoba do której kontakt dostaliśmy od znajomego Marzeny i która jak mawiają jest złotym mostem łączącym świat zachodni ze światem i realiami Kaukazu. Ewa pomogła nam bardzo organizując noclegi na dole oraz w stacji Meteo. Podzieliła się również swoimi doświadczeniami z dwunastu wyjść na Kazbek, ale też przyznała że jej pierwsze dwie próby skończyły się niepowodzeniem.
Po opowieściach jakie nam zaserwowała podczas wieczornej kolacji mieliśmy jeszcze więcej wątpliwości. Tym bardziej że opowiadała o zdobywaniu Kazbeku w sezonie letnim, z przewodnikami oraz osiołkiem lub koniem wnoszącym sprzęt i jedzenie do stacji Meteo. Z odpowiednio rozplanowaną aklimatyzacją w czasie etc. Innymi słowy o wejściach z profesjonalnie przygotowaną wyprawą.
Dzień drugi
...zaczął się spokojnie, zjedliśmy konkretne śniadanie, jeszcze jeden rzut oka czy wszystko co potrzebujemy jest spakowane. Wyruszamy, na ten moment czekałem, już nie czas na myślenie o detalach tylko ogień w górę.
Samochód z agencji Ewy zabiera nas do punktu startowego. Przytraczamy narty do plecaków, wtedy w pierwszym momencie popatrzyliśmy po sobie pytającym spojrzeniem czy damy radę. Każdy z nich wraz z nartami ważył około 25 kg.

Na szczęście pierwsze kroki nie sprawiają nam kłopotu i pewnie pokonujemy pierwsze wzniesienie. Tego dnia wieje nie bardzo ale jednak mocny wiatr, a narty działają jak żagle znosząc nas to w prawo to w lewo. Po jakimś czasie wieje z tyłu co ułatwia wspinanie. Wtedy właśnie mówię do Marzeny „dzisiaj bogowie Kaukazu są z nami” tego nie zapomnę.
Po około godzinie przemierzania połonin na butach zakładamy narty. Z trochę lżejszymi plecakami twardo nabieramy wysokości przy okazji podziwiając w tle oddalający się zarys monastyru Cminda Smeba.
Nachylenie szlaku w tej części drogi do stacji meteo jest niezmienne i oprócz trzech ciut stromszych progów wynosi około 20 stopni. Pierwszy przystanek robimy na wysokości około 2600 m. n. p m. Tam też, dodając trochę otuchy jako że otocznie staje się coraz surowsze, dołączył do nas młody owczarek Kaukazki.
Niedaleko przed kapliczką postawioną na przełęczy około 3000 m n. p.m. robimy przystanek, ściągam buta i okazuje się że mam odcisk, nie mały, jakieś 2 na 2 cm. Myślę sobie, pierd... botek termo formowalny. Wcześniej dawał mi o sobie znać ale jeszcze nigdy tak bardzo. Marzena zakłada mi plaster, idziemy dalej.
Po przekroczeniu przełęczy z kapliczką droga staje się trochę łagodniejsza. Stacji meteo jeszcze nie widać a przed nami pojawia się na oko jedno kilometrowy trawers wraz z kilkoma lawiniskami zlokalizowanymi po lewej stronie. Jest dwunasta w południe. Słońce operuje bardzo mocno jednak pokrywa śnieżna nadal sprawia wrażenie dobrze związanej i zachowując odpowiedni odstęp decydujemy się na przemknięcie tego odcinka tak szybko jak to tylko możliwe.

Trawers zmęczył nas bardziej psychicznie niż fizycznie, idziemy dalej, patrzę na GPS z wgranym śladem, jesteśmy w połowie drogi, za nami około 1350m w pionie. Dolina którą idziemy znowu zaczyna się piąć a my odczuwamy pierwsze skutki wysokości i ograniczenia tlenu.

Gdzieś pomiędzy końcem trawersu a początkiem lodowca Marzena zaczyna narzekać na brak siły, robimy następną przerwę. Wymyśla strategię wspinania od głazu do głazu ale nie pomaga. Wtedy wymyśla strategię nr. dwa, powtarzania jak w mantrze na zmianę jeden dwa oraz głębokiego oddycha, to jej pomaga. Kryzys mija.
Docieramy do lodowca na wysokości 3300m.

Wcześniej po drodze minęły nas dwie zaaklimatyzowane ekipy. Dwoje Niemców oraz sześciu Francuzów. Francuzi jak się później okazało, pomimo dziesięciu dni skitourowania po okolicznych szczytach nie zdecydowali się na dojście do stacji bez dodatkowego dnia na 3000 metrów. Nie widząc po drodze ich obozu oraz widząc Niemców po drugiej stronie lodowca pomyślałem że jesteśmy lekko w tyle. Jednak nie jest źle, w końcu 1600 metrów w pionie zrobione, idziemy dalej, już po lodowcu a do zmierzchu pozostało nadal cztery godziny.
Właśnie wtedy zaczyna się komediodramat, dopada mnie kryzys wydolnościowy. Również bogowie Kaukazu odwracają się do nas plecami i dostajemy dodatkowo wiatrem w pysk. Przez czterotysięczne szczyty po lewej stronie przelewają się chmury, które zasłaniają słońce, zaczyna padać śnieg. Chowam aparat, w tym mleku i tak nic nie widać.

Marzena Kowalkowska w drodze na Kazbek, Marzena Kowalkowska Climbing Kazbek
Jesteśmy gdzieś w połowie lodowca. Marzena widzi że tracę siły, zachęca mnie bym zaczął tak jak ona głęboko oddychać i stosować mantrę. Patrzę w lewo, pizga jak w Kieleckim, stacja meteo powoli znika z horyzontu, kurwa pękł mi bąbel na kostce, strasznie piecze, dodatkowo zaczynam się wychładzać od wiatru. Jak ja mam teraz odprawiać jakąś mantrę.
Koncentruje się na obliczaniu szans na dotarcie do meteo z plecakami lub bez. Dochodzę do wniosku, że najważniejsze to dotrzeć do moreny po drugiej stronie lodowca i tam się przeorganizować.
Kilkanaście minut później wspinamy się na morenę, jest stromo, trawersujemy to prawo to w lewo a to tylko jakieś 20m w górę. Na ostatnim zakręcie przed nasypem z wulkanicznych kamieni przewracam się, moje foki nie utrzymały na tej stromiźnie około 100 kg obciążenia. Marzena przeszła ale narobiłem jej stracha tą całą sytuacją jako, że kilka metrów za mną znajduje się szczelina wielkości domu jednorodzinnego. Co za fatalne miejsce na glebę przechodzi mi przez myśl. Jednak nie ma co się przejmować, teraz tylko spokój i tylko spokój.
Robię stanowisko z kijków na plecak i narty tak by mi nie zjechały jak je zdejmę, kilka metrów dalej za nasypem Marzena porzuca wszystkie graty i po mnie wraca. Odbiera wpierw jedną później drugą nartę. Zbieram się z plecakiem i za nasyp dochodzę na butach. Tutaj jesteśmy bezpieczni. Zakładamy dodatkową warstwę ubrań. Ja zmieniam rękawiczki na grubsze ponieważ moje ręce od wiatru zaczęły zmieniać kolor na bordowy a Marzena ubiera łapawice z goreteksu. Kilka łyków herbaty.
Patrzymy w górę, jakieś 200 metrów w pionie od nas widać okna stacji Meteo, tak blisko a tak daleko. Zbieramy się do kupy i atakujemy ostatnie podejście, wieje bardzo mocno, to jest najmniej przyjemny odcinek naszej trasy.
Po chwili szlak prowadzi wzdłuż wąskiego stromego żlebu, stacja zniknęła gdzieś za skałą, wiemy że jesteśmy blisko, ale to nie wystarcza by być pewnym że do niej dojdziemy. Marzena ma jeszcze trochę mocy ale ja idę już na totalnym odcięciu. Pięć kroków stop, natleniam krew, oddycham głęboko, pięć kroków stop itd.
W pewnym momencie sytuacja się powtarza, jest zbyt stromo byśmy byli w stanie iść na nartach, stajemy. Patrzymy po sobie, decydujemy by przytroczyć narty do plecaków i spróbować z buta. Nic z tego, za ciężko, za stromo, śnieg jest za głęboki w tym miejscu nie jesteśmy w stanie nawet ruszyć.
Zapada decyzja, porzucamy narty, Marzena ma już lekkiego wkurwa, który dawno zjadł psychiczne bolączki związane z lodowcem.
Zabezpieczam narty na nie pokrytej śniegiem półce skalnej, przywalam je kamieniami. Ruszamy w górę, ja na odcięciu, Marzena zdecydowanie mocniej, wyprzedza mnie o jakieś dobre 15m, staje na ostatnim zakręcie i spogląda za skałę, która wcześniej przysłoniła nam Meteo. Przez zaparowane okularki które zapomniałem zdjąć widzę z daleka jej uśmiech. Jest udało się, jesteśmy bezpieczni.
1950 metrów przewyższenia zrobione zimą w 8h. Z punktu widzenia aklimatyzacji zdecydowanie za szybko, jednak pogoda nie pozostawiła nam wyboru. Szliśmy bez namiotu dlatego też biwakowanie na lub przed lodowcem nie wchodziło w grę.
Stacja meteo
Moment później również moim oczom ukazała się stara poradziecka wybudowana dziesiątki lat temu prawdopodobnie z przyczyn militarnych, wtedy stacja meteo a teraz przypominająca sporych rozmiarów oborę betonowa konstrukcja oparta z jednej strony na kamiennych zaokrąglonych filarkach.
Pierwsze skojarzenie z oborą, jak się później okazało, nie było chybione jako że w środku ten przybytek tylko dzięki panującemu w większości pomieszczeń półmrokowi nadaje się do względnej akceptacji. Co prawda karaluchów nie ma, wysokość 3650 m n. p. m. najwyraźniej im nie służy, natomiast polne myszy harcują śmiało tu i tam pomiędzy plecakami zdobywców Kazbeku. Nocą można zobaczyć ich sylwetki w świetle latarek.
W stacji Meteo jest tylko jedno pomieszczenie z kozą do grzania, zajęte przez opiekunów tego budynku. Jest ich dwoje i są tutaj dowożeni na sezon od wiosny do wczesnej jesieni Helikopterem. Większość czasu spędzają na grze w domino wraz z odwiedzającymi ich lokalnymi przewodnikami. Była tutaj również jedna kuchareczka obsługująca wspomnianych panów oraz pomagająca bardziej zorganizowanym wycieczkom.
Ta dziewczyna ma lekko przesrane jako że łazienki w Meteo nie ma a kibel jest to typowy, na szczęście murowany ale nie uszczelniony, wychodek oddalony od stacji o około 50m. Zawieszony na krawędzi wzniesienia na którym położona jest stacja raczej nie zachęca do korzystania szczególnie w wietrzną pogodę. W środku jest drewniany narciarz, jednak bez deski startowej jak na skoczni. Utrudnia to akt oddawania fekaliów, a z dziury do której się sra wieje zazwyczaj bardzo mocny mrożący dupsko wiatr. Cała procedura szczególnie w nocy jest dosyć skomplikowana i poziomem zaawansowania przypomina procedurę srania na stacji kosmicznej. Między innymi dlatego, że przyjęcie pozycji narciarza w butach narciarskich ale bez nart bardzo łatwo może skończyć się lądowaniem we własnym...
Wracając do przygody
Lekko wyziębieni ale jak że szczęśliwi pierwsze kroki skierowaliśmy ku wspomnianemu wcześniej ogrzanemu kozą pomieszczeniu. Tam spotkaliśmy dwóch mijających nas wcześniej Niemców, wyglądali na bardzo zmęczonych i po chwili oddali nam do dyspozycji kawałek ławki blisko piecyka. Tam ogrzewając zmrożone lekko stopy zaczęliśmy obmyślać plan odbicia porzuconych wcześniej nart z mroźnych czeluści nieopodal stacji.
cdn.
Pomimo naszego wielkiego zmęczenia wiedziałem że sprawa ta jest priorytetowa, brak nart podczas drogi powrotnej (nie wspominając o ataku na szczyt) był by wielkim utrudnieniem. Raz ze względu na ilość i głębokość śniegu. I dwa, co ważniejsze, ryzyko związane z przekraczaniem lodowca i wpadnięcia w szczelinę wzrastało kolosalnie.
Wyobrażenie rozłożenia ciężaru ciała i plecaka na powierzchni podeszwy buta narciarskiego versus powierzchni narty, uzmysławia jak ważne dla nas było odzyskanie porzuconego sprzętu.
Jak się później okazało podjęcie się tej misji i wyjście z Meteo było zdecydowanie bardziej bitwą z naszą psychiką a nie z naszym zmęczeniem. Samo wyglądnięcie przez okno zniechęcało. Zbliżająca się noc, zimny silny wiatr uniemożliwiający otworzenie drzwi tylko pobudzały do myślenia o tym co nas czeka na zewnątrz.
Koniec końców nie było tak źle. Co prawda Marzena, w stanie psychofizycznym w jakim się znalazła, była gotowa zaryzykować pozostawienie nart na zewnątrz a ja wyszedłem z Meteo z zaplatającą się dupą dosłownie. Jednak i odległość i poziom trudności odnalezienia i przytargania tych nieszczęsnych nart, dzięki bogom Kaukazu okazał się niski.
Nie więcej niż dwadzieścia minut później byliśmy z powrotem. Tym razem już spokojni i dużo pewniejsi co do dnia następnego. Misja się udała.
Z uśmiechem na twarzy przygotowaliśmy śpiwory do spania. Wypakowaliśmy co było do wypakowania oraz już w kuchni zjedliśmy po pierwszym jofilu na kolację. W smaku a może bardziej z zapachu a na pewno w konsystencji, przynajmniej mój, przypominał rzygi chorego na żołądek psa. Jednak rozważając okoliczności przyrody były to pierwsze i jak się ma rozumieć najlepsze rzygi jakie jadłem w swoim życiu.
Po tej obfitej strawie uznaliśmy, że przed pójściem spać zagrzejemy się troszeczkę w pokoiku gospodarzy I wysuszymy niektóre ciuchy.
Właśnie tam rozegrał się, tym razem już bardziej dramat niż komedia.
Tego wieczora, najprawdopodobniej wtedy kiedy jadłem jofilizowane wymiociny kundla, do meteo przybyło dwoje wycieńczonych, jeden bardziej drugi mniej, Australijczyków. Prowadzeni przez chyba niespełna rozumu przewodnika, którego najwyraźniej musieli w ostatniej chwili zwerbować gdzieś na ulicach Kazbegi. Przytomny Australijczyk opowiedział nam co się stało jego, zmieniającemu kolory jak dyskotekowa lampa z wyjątkiem przerywników trupiego, koledze.
Tak jak my, tak i oni przybyli do Kazbegi dzień wcześniej, my wcześnie rano oni późnym wieczorem. Stąd też ichniejsze wyjście w góry było opóźnione i nie widzieliśmy tej grupy.
Wspomniany już wcześniej, leżący na krótkiej ławeczce koło kozy, w lekkich drgawkach, nieprzytomny, przynajmniej nie mający siły by odpowiadać na proste pytania, lub by unieść powieki człowiek, jak wynikało z opowieści kolegi już w połowie drogi do Meteo miał objawy choroby wysokościowej.
Na tyle duże, że zgodnie z Marzeną pomimo braku doświadczenia w tej materii wiedzieliśmy, że przewodnik powinien zareagować już wtedy i natychmiast zawrócić w dół. Przewodnik jednak tego nie zrobił, prawdopodobnie motywowany złożoną na ręce Australijczyków obietnicą wprowadzenia ich na Kazbek i zaaklimatyzowany nawet nie rozważał powrotu.
W konsekwencji, po załamaniu pogody, gdzieś na polu lodowym 300/350 metrów pod stacją meteo, jeden z Australijczyków padł. Prawie zmarł się mi wydaje. Jego kolega relacjonował, iż ten skarżył się na problemy z sercem i wydawało mu się, że ono kilkukrotnie zatrzymało swoje działanie.
Następstwem tych wydarzeń był samotny marsz Kaukazkiego przewodnika do stacji by porzucić swój plecak plus kilka innych fantów, później powrót na lodowiec po biednych Australijczyków. We dwoje, przewodnik I jeden Australijczyk pomogli trzeciemu dotrzeć te 300 metrów wyżej. Trzymając go pod ramiona dociągnęli biedaka do Meteo co było skrajną głupotą z medycznego punktu widzenia. Z drugiej strony było za późno za wietrznie by myśleć o zejściu w dół.
Widząc jak Pan kameleon męczy się bardzo, postanowiliśmy z inicjatywy mojego mocnego duchem i ciałem partnera, przymusić jegomościa by wypił trochę wody. Nie charkał co wskazywało że nie ma obrzęku płuc i własnym osoczem się nie dusi i nie udusi. Był to więc jedyny sposób by poprawić jego samopoczucie w tej sytuacji. Dodatkowo powtarzające się od czasu do czasu drgawki oraz stan przypominający upicie alkoholem nie pozostawiały wyboru.
Wtedy właśnie zapytałem obecnych, ignorujących z pozoru całą sytuację, przewodników oraz dwóch gospodarzy czy możemy użyczyć maszynki do gotowania oraz wziąć leżący w worku śnieg by przygotować dla Kameleona trzy szklanki wody.
Atmosfera się zagęściła i w odpowiedzi usłyszałem zachrypnięty, ciężki oraz nie miły głos jednego z nich.
Jak chcesz śnieg to idź se nakop, gazu też nie damy.
Pomijając fakt, że tą procedurę mieliśmy już za sobą a woda w końcu nie miała być dla nas tylko dla zmasakrowanego wysokością Pana Tęcza, to właśnie wtedy zrozumiałem. Co prawda nie pierwszy raz, ale na pewno sobie przypomniałem, że w pewnych okolicznościach życie drugiego człowieka przestaje się liczyć a okoliczności gór w tym przypadku to objawiły.
Przewodnicy byli podenerwowani. Później się okazało, że to nie jest ich codzienność I takich akcji bardzo nie lubią.
My, nie dyskutując po takiej reakcji wcale, oddaliśmy Australijczykom herbatę przygotowaną na noc i poszliśmy kopać śnieg. Marzena była wstrząśnięta i zła.
Po powrocie z trzema szklankami wody okazało się że ekipie z ciepłego pokoju zmiękła rura, a może zrobiło im się głupio i naszym wzorem zaczęli topić śnieg i gotować wodę dla Australijczyków.
Był to koniec dnia drugiego, udaliśmy się spać.
Dzień trzeci
...powitał nas przepięknym, powalającym z nóg widokiem. Wystąpił u mnie typowy opad szczęki. Tym bardziej, że w nocy bardzo mocno wiało, według prognozy do 70/h. W efekcie wiatr zwiał dosyć dużą ilość śniegu z lodowca odsłaniając jego groźne oblicze. Wielkie szczeliny, przypominające gotowy do zjedzenia i pokrojony w kostkę owoc mango, tyle że niebieski, było widać jak na talerzu.
Lodowiec Gergeti, w tle pasmo gór Kaukazu. Gergeti Glacier with Kaukaz mountains in the background.
Wracając jednak do godzin nocnych, nie obyło się bez małej ale jednak przygody, prawdopodobnie związanej z faktem że był to wielkanocny Poniedziałek czyli śmigus dyngus.
cdn.
Nie mogąc zasnąć, zapewne z powodu wysokości na jakiej się znaleźliśmy, co chwilę obracałem się w śpiworze z boku na bok. W pewnym momencie uświadomiłem sobie że, bardziej Marzena a ja tylko trochę, leżymy w kałuży wody. Było to spowodowane rozmarznięciem mojego camelbagu, który jeszcze dwie godziny wcześniej stanem skupienia przypominał cegłówkę. Kamelbag był między moim a Marzeny śpiworem i miał niestety otwarty zaworek. Jedyną opcją by sobie z tym problemem sprawnie poradzić było użycie moich gaci, jednego topu bielizny termoaktywnej, kominiarki oraz skarpetek jako szmat.
Udało się, kałuża wody starta, Marzena przestała czuć od spodu zimno i zasnęła. Jednak skutkiem ubocznym było zamarznięcie mojej bielizny na zmianę, skarpetki spokojnie można było postawić pod ścianą a majtki były twarde jak deska do krojenia chleba. Niestety od tej pory byłem skazany na kiszenie się we własnym, tak ciężko przecież wypracowanym podczas podejścia smrodzie. Alternatywa zbrylała. To wszystko również potwierdzało minusową temperaturę jaka nam towarzyszyła w murach stacji.
Ogółem poranek dnia trzeciego spędziliśmy leniwie z zamiarem aklimatyzacji. Topiąc śnieg na herbatę, podziwiając widoki oraz robiąc zdjęcia, wymienialiśmy informacje i praktyczne porady z innymi ekipami chcącymi zdobyć Kazbek.
Nawet Pan Kameleon zdobył się na marsz ku wychodkowi. W drodze powrotnej jednak musiał skorzystać z asysty kolegi.
Dwójce zaaklimatyzowanych Niemców nie udało się zdobyć szczytu. Pomimo świetnych warunków pogodowych jakie wystąpiły tego dnia, jeden z nich odpadł fizycznie lekko powyżej 4000 m n. p. m. Drganie nóg zmusiło go do podjęcia decyzji o przerwaniu dalszej wspinaczki. Jego partner bez namysłu, jak wspominał, podjął podobną decyzję.
Para, której narodowości nie znałem, a która była w stacji Meteo przed nami zdecydowała się na zjazd w dół ze względu na gorączkę chłopaka.

Gdzieś w oddali ekipa Francuzów, po biwaku na 3000 metrów targała do następnego obozu. Było niezwykłą frajdą podziwiać ich miniaturowe sylwetki przemieszczające się do góry wzdłuż lodowca.

Jednej ekipie jednak udało się wejść, była to większa, bodajże ośmioosobowa grupa Niemców, z czego sześciu śmiałków dotarło. Jeden dwudziestolatek złamał 50 metrów przed szczytem rak i został spuszczony na linie poniżej do podstawy ostatniego stromego podejścia. Natomiast jedna kobieta nie zdecydowała się na wyjście z Meteo ze względu na objawy choroby wysokościowej.
Po "sowitym" śniadaniu, wliczając w to jajko wielkanocne a nawet cztery, udało mi się namówić Marzenę na mały spacer.
Wtedy zostałem przez nią poinformowany, że następnego dnia dalej nie idzie. Nabyte ciut wcześniej traumy dały o sobie znać i szczerze mi oświadczyła, że to jeszcze nie ten czas. Dodatkowo prognoza pogody, jej lekkie bule głowy, moja rana na kostce oraz brak odpowiedniego jedzenia nie napawały optymizmem.
Wychodząc na wspomniany spacer już wiedziałem, że tym razem Kazbeku nie zdobędziemy, nie ma co z siebie robić głupa. Po prostu nie ma opcji, po drugie do końca trzymamy się razem. Popatrzyłem więc w górę i nieopodal skalnej formacji wyglądającej jak gwiezdne wrota zobaczyłem przełęcz. Pomyślałem, niech to będzie mój mały Kazbek, dzisiaj tam dojdę a jutro ze względu na okoliczności udamy się w drogę powrotną.
Marzena towarzyszyła mi do formacji skalnej, tam spoczęła wygrzewając się w słońcu a ja kontynuowałem wspinaczkę. Po godzinie byłem na przełęczy, na której jak się okazało była kapliczka. Dosyć małych rozmiarów, zabezpieczona stalowymi linami odciągowymi, w razie potrzeby mogła by zapewnić osłonę od wiatru strudzonym alpinistom.
Marzena towarzyszyła mi do formacji skalnej, tam spoczęła wygrzewając się w słońcu a ja kontynuowałem wspinaczkę. Po godzinie byłem na przełęczy, na której jak się okazało była kapliczka. Dosyć małych rozmiarów, zabezpieczona stalowymi linami odciągowymi, w razie potrzeby mogła by zapewnić osłonę od wiatru strudzonym alpinistom.
Znalazłem się w najwyższym punkcie naszej wyprawy, sam, w ciszy przez chwilę obserwowałem otaczającą mnie przestrzeń i ogrom gór. Teraz stacja meteo wydawała się postawioną na makiecie miniaturką. Lodowiec zaś niczym rzeka przypominał jak bardzo zmienny jest to świat.

Będąc tutaj pomyślałem również, że jeżeli jakieś miejsce można nazwać świątynią, to na pewno właśnie to. Pozbawione sztuczności, blichtru, bez nadawania komuś większego lub mniejszego znaczenia a wręcz odwrotnie. Na swym tle wyrównujące wagę istnienia każdego stworzenia ziemskiego. Samo w sobie było i jest świadectwem i dowodem istnienia wyższych, nam jeszcze dalekich do pełnego zrozumienia ale godnych i wymagających szacunku sił kreacji.

W takim miejscu powinien chociaż raz stanąć każdy. W tym otoczeniu jak z innej planety a jednak naszej. Gdzie wymyślone nazwy bogów ludzkości nie mają najmniejszego znaczenia a religie zdają się być tylko mgłą przez pryzmat której jest nam ukazywany sens istnienia. Właśnie tutaj, każdy winien oddać się chwilowej zadumie, modlitwie czy jak kto woli medytacji. Jednocześnie weryfikując znaczenie samego siebie być może winien cofnąć wszelkie własne zapędy i konieczności bycia najważniejszym, najlepszym, najsilniejszym, najbogatszym, najpiękniejszym. Krótko mówiąc cofając własne zapędy bycia naj. zbliżając się tym samym do tego co niektórzy nazywają stanem nirwany.
Było około godziny 15:00, znów nad czterotysięcznymi szczytami po drugiej stronie lodowca zebrały się chmury i można było poczuć pierwsze popołudniowe powiewy wiatru. Czas wracać przemknęło mi przez myśl.
Potem szybko dotarłem do miejsca gdzie czekała na mnie Marzena i razem powróciliśmy do betonowego bunkru kilka set metrów poniżej. Odpoczywając w naszej norze, przez okno nadal podziwialiśmy lodowiec, po którego powierzchni przemieszczały się od czasu do czasu maciupeńkie sylwetki.
Wtedy we wspomnianym oknie, niczym w starym czarno białym telewizorze kineskopowym z zaśnieżonym obrazem z uwagi na pogarszającą się pogodę, w jakimś sensie został wyświetlony dla nas film. Zakwalifikowany przez Marzenę do rangi horroru, co przesadą może było, jednak w tym czasie i ja drżałem ze strachu przejmując się losami głównego bohatera.
...a był nim przemierzający lodowiec Czech wraz z trzema kompanami w niedoli. Ci zbliżając się do moreny lekko pomylili trasę i zachęceni luką w nasypie moreny na brzegu lodowca wstąpili na odkryte pole lodowe. Było ono poprzecinane bardzo dobrze widzianymi przez nas z góry szczelinami a przez Czechów ze względu na punk widzenia i odniesienia niekoniecznie. Bohater filmu jednak jeszcze tam nie dotarł, pełzał za nimi dobre 200 metrów niczym ślimak przekraczający asfaltową ulicę po deszczu.
Trzech śmiałków pomimo posiadania widocznych wątpliwości, trochę jak przez labirynt oraz omijając na około niektóre szczeliny, zdołało bezpiecznie przejść. Zatrzymali się, zdjęli plecaki i tak jak my, obserwowali postępy swojego przyjaciela.
Ten niestety zdecydował się na skrócenie sobie drogi i pomimo wyraźnych znaków i gestykulacji reszty grupy zaczął przecinać najgroźniej wyglądające miejsce, z góry wyglądało to katastrofalnie. W pewnym momencie staną i tak jak Australijczyk poprzedniego dnia, tyle że tym razem na naszych oczach, padł. Stojąc pomiędzy dwoma garbami lodu centralnie na szczelinie przewrócił się ze zmęczenia. Marzena zamarła, ja zdecydowałem się wyjść z nory a przyjaciele naszego bohatera zaczęli chaotycznie chodzić to w lewo to w prawo po morenie. Jednak z pewnych przyczyn, o których już wcześniej pisałem, żaden z nich nie chciał wstąpić z powrotem na pole lodowe by mu pomóc. Działo się to pomimo małego dystansu jaki ich dzielił, maksymalnie 40-stu metrów.
Zanim ten horror się skończył minęło jeszcze dobre 30 minut, nasz bohater zdołał się pozbierać i dotrzeć do kompanów, styl w jakim to zrobił wskazywał że zarówno fizycznie jak i mentalnie nie jest w pełni sprawny.
Czechów później spotkaliśmy w meteo, nie byli to amatorzy. Jak się dowiedzieliśmy jeden z nich miał już za sobą wejście na Cho Oyu - 8153 m. n.p.m. a jednak dojście do stacji i tej ekipie nie poszło idealnie.
Wtedy we wspomnianym oknie, niczym w starym czarno białym telewizorze kineskopowym z zaśnieżonym obrazem z uwagi na pogarszającą się pogodę, w jakimś sensie został wyświetlony dla nas film. Zakwalifikowany przez Marzenę do rangi horroru, co przesadą może było, jednak w tym czasie i ja drżałem ze strachu przejmując się losami głównego bohatera.
...a był nim przemierzający lodowiec Czech wraz z trzema kompanami w niedoli. Ci zbliżając się do moreny lekko pomylili trasę i zachęceni luką w nasypie moreny na brzegu lodowca wstąpili na odkryte pole lodowe. Było ono poprzecinane bardzo dobrze widzianymi przez nas z góry szczelinami a przez Czechów ze względu na punk widzenia i odniesienia niekoniecznie. Bohater filmu jednak jeszcze tam nie dotarł, pełzał za nimi dobre 200 metrów niczym ślimak przekraczający asfaltową ulicę po deszczu.
Trzech śmiałków pomimo posiadania widocznych wątpliwości, trochę jak przez labirynt oraz omijając na około niektóre szczeliny, zdołało bezpiecznie przejść. Zatrzymali się, zdjęli plecaki i tak jak my, obserwowali postępy swojego przyjaciela.
Ten niestety zdecydował się na skrócenie sobie drogi i pomimo wyraźnych znaków i gestykulacji reszty grupy zaczął przecinać najgroźniej wyglądające miejsce, z góry wyglądało to katastrofalnie. W pewnym momencie staną i tak jak Australijczyk poprzedniego dnia, tyle że tym razem na naszych oczach, padł. Stojąc pomiędzy dwoma garbami lodu centralnie na szczelinie przewrócił się ze zmęczenia. Marzena zamarła, ja zdecydowałem się wyjść z nory a przyjaciele naszego bohatera zaczęli chaotycznie chodzić to w lewo to w prawo po morenie. Jednak z pewnych przyczyn, o których już wcześniej pisałem, żaden z nich nie chciał wstąpić z powrotem na pole lodowe by mu pomóc. Działo się to pomimo małego dystansu jaki ich dzielił, maksymalnie 40-stu metrów.
Zanim ten horror się skończył minęło jeszcze dobre 30 minut, nasz bohater zdołał się pozbierać i dotrzeć do kompanów, styl w jakim to zrobił wskazywał że zarówno fizycznie jak i mentalnie nie jest w pełni sprawny.
Czechów później spotkaliśmy w meteo, nie byli to amatorzy. Jak się dowiedzieliśmy jeden z nich miał już za sobą wejście na Cho Oyu - 8153 m. n.p.m. a jednak dojście do stacji i tej ekipie nie poszło idealnie.
Zmierzchało się, opiekunowie kamiennego dziwadła włączyli prądnicę napędzaną silnikiem spalinowym lekko rozświetlając czeluście tegoż przybytku. My natomiast udaliśmy się spać. Zasypiając, przez kilka godzin obmyślałem trasę przejazdu na nartach przez lodowiec. Wszystko to ponieważ wiedziałem jak bardzo Marzena boi się jego pułapek.
Ostatnią rzeczą jaką zrobiliśmy przed udaniem się na spoczynek była rzecz bardzo trywialna, jednak niezmiernie ważna, dotyczyła potrzeb fizjologicznych. Było już ciemno i zimno. Marzenie chciało się sikać a mi to drugie. Myślałem że dotrwam do następnego dnia. Niestety moment w którym cieżko wytrzymać zapach własnych gazów jelitowych, jest z reguły wystarczającym by podjąć się misji urodzenia brązowej figurki. Dlatego też zdecydowaliśmy się wyjść na spotkanie opisanemu wcześniej kibelkowi.
Wtedy też powstała procedura srania na skarpie.
Moje artystyczne wysiłki stworzenia rzeźby z "brązu" skończyły się fiaskiem. Pomimo nie jedzenia żelowych batonów, które zazwyczaj zalepiają otwór i tak konsystencja wiecie czego nie pozwalała kontrolować toku wydarzeń. Przypominała ona konsystencję pianki uszczelniające do okien. Był to zapewne efekt bycia na wysokości i nie był fajny.
Dzień 4 zjazd
Poranek zaczął się standardowo. Nabrać śnieg do worka, przegotować, zalać termosy, zjeść jofila a przynajmniej spróbować zjeść.
cdn. ..................................................................................................................................................
Około godziny 10:00 rano zdecydowaliśmy się rozpocząć nasz zjazd. Wcześniej jednak jeszcze raz stanąłem przed stacją. Spoglądałem w dół starając się zapamiętać najbardziej charakterystyczne punkty odniesienia, które mogłyby nam pomóc podczas zjazdu i nawigacji na lodowcu.
Dzień wcześniej takim punktem była wybrana przeze mnie góra odgradzająca jęzor lodowca od początku doliny którą zamierzaliśmy jechać. To miejsce było dla mnie ważne ponieważ zbłądzenie, czyli w tym przypadku zbytnie odbicie w lewo, mogłoby być w skutkach tragiczne. Dalej następował opadający stromo w dół koniec jęzora wraz z wielkimi szczelinami, lodowym progiem i na oko 100/200 metrową przepaścią.
Niestety, tak jak zapowiadała prognoza pogody, już od samego rana na 3300 metrów kłębiły się chmury a wspomniana góra, nasz, mój punkt nawigacyjny znikną. Musiałem wybrać inne charakterystyczne miejsce. Stał się nim skalny klif rozpoczynający grań czterotysięczników po drugiej stronie tego wielkiego biało niebieskiego pola lodu, na prawo od naszego stoku zjazdowego.
Plan który miałem w głowie i który oczywiście obgadałem z Marzeną, zakładał zejście w dół jakieś 100 metrów w stronę moreny, zapięcie nart w miejscu gdzie jest możliwa jazda a nie zsuw, dojechanie do moreny, przejście na butach kilku metrów gołej skały i wbicie się na lodowiec z rozpędu, z miejsca gdzie się wywróciłem podczas podchodzenia. Było tam na tyle stromo i wysoko, że energia kinetyczna nabrana podczas zjazdu i przejazdu przez brzeg lodowca dawała duże szanse na dojechanie do najwyżej położonego miejsca w którym go chcieliśmy przekroczyć.
Plan zadziałał, do moreny dotarliśmy bez problemowo. Przed szczeliną wielkości domu jednorodzinnego przekroczyliśmy na butach nasyp. Na stromym zboczu pomogłem Marzenie zapiąć narty. Zapytałem czy jedzie pierwsza czy ja mam to zrobić.
Chciała mieć już lodowiec za sobą i dosłownie z głowy. Dziarsko odpowiedziała
- Jadę pierwsza
...i pojechała a tuż za nią ja.
Trzeba wspomnieć dwie rzeczy. Marzena jeździ na nartach dużo lepiej niż ja, ale na tym modelu jechała pierwszy raz w życiu, nie licząc przebytych kilkuset metrów od strony stacji. Powód, kompletowanie sprzętu skiturowego okazało się bardzo trudnym zadaniem i przed wyprawą nie było już czasu na testy.
Po kilku sekundach jazdy, może nastu, stwierdziłem że zorientowanie się czy jedziemy w dół czy w górę jest niemożliwe. Lodowiec z tej perspektywy był jak wielki bochen chleba a my na nim jak mrówki lub coś jeszcze mniejszego. Mieliśmy dość sporą prędkość jednak nadal nie było widać drugiej strony tylko coś w rodzaju przemieszczającej się pod naszymi nartami parabolicznej płaszczyzny z poprzecznymi nacięciami wypełnionymi miększym śniegiem.
Z lewej śmigły niebieskie lodowe klocki, te same które z góry wyglądały jak opisany wcześniej owoc mango. Był to znak by lekko odbić. Po kilku następnych sekundach byliśmy na szczycie białej paraboli i można było dostrzec wjazd do doliny.
Jazda była super, na krechę ale super. Moje z przeznaczenia freeridowe narty niczym skiturowych nie przypominające, w tym terenie były ponadprzeciętnie stabilne. Już w Tatrach przekonałem się, że lód na stromym stoku, pozostałości po lawinisku, puch czy zbrylone kawały śniegu nie są im straszne. Wszystko stabilnie cięły jak ciężka maczeta, przy okazji dając pewność i radochę z jazdy.
Podskakując lekko na kolejnych garbach pomiędzy wypełnionymi śniegiem szczelinami, kątem oka zobaczyłem jak Marzena zalicza typowego orła. Orzeł oczywiście przyziemił nie gdzie indziej jak właśnie w wypełnionej śniegiem szczelinie.
Ostro zahamowałem, zatoczyłem łuk.
Wtedy zaczęło się robić komiczno-panicznie.
Trzeba wspomnieć dwie rzeczy. Marzena jeździ na nartach dużo lepiej niż ja, ale na tym modelu jechała pierwszy raz w życiu, nie licząc przebytych kilkuset metrów od strony stacji. Powód, kompletowanie sprzętu skiturowego okazało się bardzo trudnym zadaniem i przed wyprawą nie było już czasu na testy.
Po kilku sekundach jazdy, może nastu, stwierdziłem że zorientowanie się czy jedziemy w dół czy w górę jest niemożliwe. Lodowiec z tej perspektywy był jak wielki bochen chleba a my na nim jak mrówki lub coś jeszcze mniejszego. Mieliśmy dość sporą prędkość jednak nadal nie było widać drugiej strony tylko coś w rodzaju przemieszczającej się pod naszymi nartami parabolicznej płaszczyzny z poprzecznymi nacięciami wypełnionymi miększym śniegiem.
Z lewej śmigły niebieskie lodowe klocki, te same które z góry wyglądały jak opisany wcześniej owoc mango. Był to znak by lekko odbić. Po kilku następnych sekundach byliśmy na szczycie białej paraboli i można było dostrzec wjazd do doliny.
Jazda była super, na krechę ale super. Moje z przeznaczenia freeridowe narty niczym skiturowych nie przypominające, w tym terenie były ponadprzeciętnie stabilne. Już w Tatrach przekonałem się, że lód na stromym stoku, pozostałości po lawinisku, puch czy zbrylone kawały śniegu nie są im straszne. Wszystko stabilnie cięły jak ciężka maczeta, przy okazji dając pewność i radochę z jazdy.
Podskakując lekko na kolejnych garbach pomiędzy wypełnionymi śniegiem szczelinami, kątem oka zobaczyłem jak Marzena zalicza typowego orła. Orzeł oczywiście przyziemił nie gdzie indziej jak właśnie w wypełnionej śniegiem szczelinie.
Ostro zahamowałem, zatoczyłem łuk.
Wtedy zaczęło się robić komiczno-panicznie.
- Żyjesz
Zapytałem
- Żyje
- Cała
- Cała
W duchu się śmiałem, czego teraz jest mi wstyd. Tyłek Marzeny zagłębił się jakieś 10 centów w śniegu, szczelina miała około 1 metra szerokości. Nic nie zapowiadało by śniegowy most miał runąć w dół, było zimno, śnieg dobrze związany, szczelina wąska.
Ta jedna z bardziej apetycznych części jej ciała nie była zbyt głęboko usadowiona. Jednak Marzena narobiła takiego rabanu jakby co najmniej wpadła do szczeliny pod K2, no na bidę ze 20-sto metrowej a na dodatek jeszcze ją serak przywalił.
Ewidentnie doświadczyła wtedy w swojej głowie rozstroju emocjonalnego. Zgromadził on w sobie prawdopodobnie wszystkie wrażenia ze snów jakie miała o szczelinach, za pewne wywołanych czytaniem do późnych nocnych godzin książki o Himalaizmie i jego tragediach.
Podśmiechiwałem się w duchu dalej, po prostu nie mogłem się powstrzymać jak widziałem tą małą dziewczynkę bezradnie kopiącą to w te to we wte.
- Poczekaj pomogę Ci
Powiedziałem
- Nieee, wstanę sama
Odpowiedziała dumnie patrząc na moją minę.
- Dobra jedziemy dalej ale trzymaj się za mną i nie świruj
- Nie świruje, to te nowe narty
Powiedziałem do niej o świrowaniu bo Marzena ma skłonności. W Tatrach gdzie trenowaliśmy zawsze była pierwsza.
Trening pod Rysami. Training under the Rysy peak.
Inna sprawa, zjazd z wysokości 3500 metrów na nowych nartach i w nowych butach (lekkim skiturowym sprzęcie), wyczynem jest.
Jej narty w pewnym sensie są przeciwieństwem moich, lekkie ale dużo bardziej podatne na drgania, wibracje, mniej stabilne, wymagające lepszej techniki jazdy.
Wstała, otrzepała się, pomogłem jej założyć plecak. Popatrzyłem trochę surowo by przestała rozważać co by było gdyby i tłumaczyć mi po raz 1658-my jak bardzo się boi szczelin. Ruszyliśmy dalej.
Kilka momentów później wywróciła się znowu. Tak tak, to już był panic-mode.
Tym razem płaczu i rabanu było jeszcze więcej. Jak to kobieta, z miny wskazujące na typowe wkur…. do miny małej płaczącej dziewczynki na zmianę w okresach 15-sto sekundowych.
Już nie wytrzymałem, wybuchnąłem lekkim śmiechem i tak starając się utrzymać poważną minę. W głowie mi kołatało, ktoś na nas pewnie patrzy teraz z meteo i myśli oj polaki, polaki, co wy odwalacie.
Sytuacja tym bardziej była komiczna, że Marzena dalej swoje o szczelinach jak na jakimś haju a byliśmy już przy wjeździe do doliny, tuż pod skalną płytą rozpoczynającą grań czterotysięczników. Już poza lodowcem gdzie szczelin nie było.
Na pocieszenie dołączył nasz anioł stróż, czyli młody owczarek Kaukaski, pomachał ogonem. Marzena się pozbierała po raz drugi i zaordynowała, że mamy zrobić zaraz przerwę bo ją troszeczkę ten lodowy potwór psychicznie sponiewierał.
Usiedliśmy na skalnej wysepce wystającej ponad śnieg. Z małym kremowym komandosem zjedliśmy po batonie. Marzena odpoczęła, wreszcie zaczęliśmy w miarę normalny zjazd.
Z mojej perspektywy było super, byliśmy sami w wielkich górach z pięknymi widokami. Do trawersu z lawiniskiem trasa prowadziła żlebem przechodzącym w dolinę, którą w lecie płynie rwący potok. Zjazd nią nie był trudny i nie wymagał specjalnego skupienia. Śnieg na tej wysokości był nie za miękki nie za twardy, w sam raz.
Marzenie już tak bardzo się nie podobało, po dwóch upadkach straciła werwę i chęć do śmielszej jazdy. Asekuracyjnie pługiem jechała za mną. Co chwilę przystawaliśmy by przyglądnąć się następującym po sobie śnieżnym progom oraz poczekać na naszego małego bohatera.
Niespodzianka pojawiła się na trawersie. Dawny ślad którym przekroczyliśmy zboczę znikną pod czterema lawinami. Elewacja do następującej kapliczki na szlaku wskazywała że bez przekroczenia lawinisk nie ma szans na dotarcie tam bez podejścia.
Pojechaliśmy bliżej, dwa lawiniska udało się przekroczyć, dwa następne obeszliśmy na około ale właśnie tam straciliśmy jakieś 20 metrów wysokości potrzebne do dojechania na przełęcz.
Summa summarum w dalszej części było konieczne zejście z nart i drałowanie do góry. Stok był bardzo stromy, 50-60 stopni. Kiedy popatrzeć w dół kilkadziesiąt metrów, kończył się on przepaścią będącą zarazem ścianą wielkiej kieszeni lodowca, jak sądzę utworzonej miliony lat temu.
Po doświadczeniach ostatnich dni na szczęście sama stromizna nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia, Marzena wspomniała:
- Nigdy nie przypuszczałam, że będę się czuć komfortowo i nie bać będąc w takim miejscu
Zobaczyłem wtedy jak wielki techniczny progres zrobiła i w jak krótkim czasie. Dwa, może trzy miesiące wcześniej wspinaliśmy się zimą na jeden z wyższych szczytów Tatr, Krywań (2495 m. n.p.m.).
Widok z Krywania. View from Krywań peak.
Zachodnią granią, poza szlakami które były głęboko pod śniegiem oraz zagrożone lawinami. Tego dnia byliśmy praktycznie sami na całej górze. Podobne, trudne miejsce, zrobiło wtedy na niej wielkie wrażenie. Miała typowego srala a tutaj na zboczu Kazbeku nic nie wskazywało by się przejęła.
Ciekawostką jest fakt, że wspomniane miejsca zmagań leżą na podobnej wysokości. 2400 m n.p.m znajduje się ostatnie podejście przed szczytem Krywania a około 3000 m n.p.m. kapliczka oznaczająca szlak prowadzący do stacji meteo.
Wysokości podobne, jednak jeżeli by nałożyć szczyt Krywania na poniższe zdjęcie to znajdował by się on sporo pod zaznaczonym czerwoną kropką miejscem. Przy czym do miasteczka Kazbegi nadal pozostaje 1300 metrów w pionie w dół od tej kropki (kapliczki).
Kazbek latem. Kazbek during summer time.
To porównanie nie jestem może najlepsze, jednak ukazuje choć w trochę lepszy sposób to czego nie oddają zdjęcia a mianowicie jak wielki jest Kazbek.
Przeszkoda którą tutaj zastaliśmy sfrustrowała nie tylko nas ale i małego kremowego komandosa. Na zmianę zapadał się w białym puchu po brzuch i ślizgał. Gryzł ze złości śnieg, rył w nim nosem i kichał.
…a ja niekontrolowanie po odpięciu nart zapadłem się po pas. Popatrzyłam do góry, ja pierdole Kazbek nie odpuszcza, pomyślałem. Pierwszy metr do góry, porażka. Co prawda ze spadkiem wysokości i wzrostem ciśnienia nabrałem mocy, tak jak silnik samochodu po wtryśnięciu nitro, jednak dreptałem w miejscu.
Coś trzeba wymyślić, zacząłem się rozglądać dookoła. W niektórych miejscach spod śniegu wystawały małe skalne głazy. Tam jest płytko pomyślałem i zacząłem torować od wysepki do wysepki. Marzena po chwili dojechała i zaczęła maszerować za mną. Po jakiś 30 minutach byłem na szlaku, 5 minut potem Marzena. Musieliśmy znowu odpocząć.
Ostatnie metry zjazdu już nie zaskoczyły nas trudnościami terenowymi, tylko śnieg zmieniał swoją konsystencję systematycznie ze zmianą wysokości. Pod koniec był bardzo miękki i ciężki. Na wypłaszczeniu, jakieś 10 metrów przed pierwszymi brązowymi o tej porze roku pękami traw, zapadłem się wraz z nartami i zaliczyłem typową glebę parkingową. Uśmiałem się z tego powodu, w końcu byliśmy prawie na dole i to w jednym kawałku.
No właśnie, prawie robi dużą różnicę. Czyli jeszcze jakieś 1,5 kilometra sporo w dół do monastyru Cminda Sameba a potem jeszcze 5 do Kazbegi, też sporo w dół. Wszystko w butach narciarskich z nartami przytoczonymi do plecaków.
Byliśmy już pod podstawą chmur, bardzo wiało, po pierwszych metrach odezwała się rana na nodze. Zacząłem utykać, lipa straszna myślałem. Znowu tak blisko do celu a tak daleko. Postanowiliśmy wspólnie z Marzeną że dla dobra mojej nogi z pod monastyru zadzwonimy do Ewy by wysłała po nas terenówkę.
Po kilkudziesięciu minutach byliśmy prawie pod monastyrem. Wyciągnąłem telefon. Podwójna lipa, sony xperie zabiła moja gleba parkingowa. Tak się chwaliłem przed Marzeną że to super telefon w porównaniu do jej beznadziejnego iphona. Już w pierwszy dzień wyprawy zanotował on o zachodzie słońca poziom baterii 1%.
Moja xperia wskazywała 70% naładowania, co z tego jak ekran dotykowy nie działał. Znowu przyszło mi do głowy - oj Kazbek nie odpuszcza.
Zaczęło padać, zimny wiatr, deszcz ze śniegiem, temperatura około 0 stopni, odczuwalna kto wie. Byliśmy zmęczeni i zdaliśmy sobie sprawę, że jednak nadal jesteśmy w górach.
W oddali, pod monastyrem zgromadziła się grupka kierowców dowożących tutaj mniej żądnych wrażeń turystów.
-Może złapiemy jednego jak będzie zjeżdżał
Powiedziałem
Po czym Marzena przyspieszyła kroku. Dotarła do błotnistego rozjazdo/przejazdu raczej drogą nie będącego. Jest zatrzymał się jeden.
Byłem w tyle, kierowca podniósł głowę i mnie zobaczył. Białego utykającego frajera, wyglądającego z goła inaczej niż dowożeni turyści. Wiedział że właśnie zeszliśmy z gór. Wyglądaliśmy trochę jak dwie łajzy, trochę przemoczeni z wrażeniami i zmęczeniem ostatnich dni wypisanym na twarzach. Bez zająknięcia, zażądał w przeliczeniu na PLN 500zł za 5 kilometrów jazdy.
Wiatr się wzmagał, deszcz ze śniegiem przerodził się w deszcz.
- Kurwa nie, stać mnie ale dla zasady nie
Powiedziałem a Marzena z uśmiechem mi wtórowała.
Co za gościu pomyślałem. W USA to normalne ale w Gruzji.
Po czym Marzena przyspieszyła kroku. Dotarła do błotnistego rozjazdo/przejazdu raczej drogą nie będącego. Jest zatrzymał się jeden.
Byłem w tyle, kierowca podniósł głowę i mnie zobaczył. Białego utykającego frajera, wyglądającego z goła inaczej niż dowożeni turyści. Wiedział że właśnie zeszliśmy z gór. Wyglądaliśmy trochę jak dwie łajzy, trochę przemoczeni z wrażeniami i zmęczeniem ostatnich dni wypisanym na twarzach. Bez zająknięcia, zażądał w przeliczeniu na PLN 500zł za 5 kilometrów jazdy.
Wiatr się wzmagał, deszcz ze śniegiem przerodził się w deszcz.
- Kurwa nie, stać mnie ale dla zasady nie
Powiedziałem a Marzena z uśmiechem mi wtórowała.
Co za gościu pomyślałem. W USA to normalne ale w Gruzji.
Usiadłem na ziemi. Iphon Marzeny odżył.
- Łał 30% naładowania
Powiedziała i poszła szukać zasięgu. Godzinę później przyjechała po nas terenówka z Mountain Freaks. Ewa momentalnie ją po nas wysłała.
Tutaj górska przygoda się kończy.
W następnych dniach przeżywaliśmy nasze zmagania w towarzystwie Ewy, Daniela oraz Konrada i Michała którzy to chłopcy Kazbek zdobyli kilka dni później, kilka dni wcześniej Elbrus.
Znalazła się nawet okazja do pożegnania z psami. Jak widać na załączonym obrazku, bardzo groźnymi górskimi owczarkami Kaukaskimi. Komandos po prawej.
Fajne było to, że nikt z nas się nie śmiał z powodu “porażki”. Wszyscy raczej byli zaciekawieni detalami etc. Pogratulowali przetarcia zimowego szlaku na tą piękną górę oraz zdobytych doświadczeń.
Zacząłem pisać bloga, ostatniego wieczoru w Kazbegi wraz z Marzenę i Ewą (głównie z Ewą :) ) wypiliśmy coś pod litr, jak się nie mylę, Czaczy. Prawdę mówiąc był to raczej zwykły bimber a nie prawdziwa Czacza jednak nie o to chodziło co, a z kim. Dołączył do nas później Nika. Ewa opowiedziała nam historię o górach i o miłości, która to historia nadaje się na dobry film lub książkę o tysiąckroć bardziej emocjonującą niż powyższy wpis.
Więcej nie powiem.... :)
Na lotnisku w Tbilisi, dzięki kompletnie nie poważnemu podejściu naszych wspaniałych linii lotniczych LOT do swoich klientów, prawie utknęliśmy. To do czego doszło nadaje się do telewizji. Nie będę się rozpisywał, powiem tylko że na około 100 miejscowy samolot zostało sprzedane o 40 biletów za dużo. Tak, 40 osób zostało tam bezczelnie wyruchanych w … przez tą wspaniałą firmę. Bagaże 30-stu innych nie dotarły do PL, w tym nasze.
Polecieliśmy tylko dzięki temu że Marzena walczyła z obsługującą nas Gruzinką, jak wściekły buldog i wywalczyła przebukowanie do biznes klasy gdzie jak się okazało miejsca były. Żenada tej sytuacji nie miała końca.
Ja tymczasem, lecząc nabytego jeszcze w Kazbegi kaca mordercę pomyślałem - Kazbek nie odpuszcza. Po czym na pocieszenie przypomniały mi się słowa starej gaździny z Białki Tatrzańskiej która mawiała:
“So jece tacy co kaca ni mieli, ale cus oni znali, cus widzieli”
Doświadczenia, wnioski, informacje użyteczne:
Kazbek jest górą bardzo kapryśną ze względu na pogodę oraz zmienną ze względu na przeszkody jakie trzeba pokonać by na nią wejść.
Dzięki temu też nie jest nudną górą.
Przykładowo, kiedy piszę ten text (jest 31 Maj 2017) od miesiąca na Kazbek nikt nie wyszedł. Zbyt mocny wiatr oraz duże opady śniegu powyżej stacji meteo.
Znany jest przypadek wejścia kilku osób w lecie, bez sprzętu w adidasach oraz skarpetkach zamiast rękawiczek. Podczas pięknej pogody w świetnych warunkach ogólnych. Z drugiej strony na Kazbek wielu ludzi próbuje wejść po 3 razy i im się nie udaje a nie są to ludzie bez doświadczenia. Przykład osób wchodzących w adidasach jest bardzo zły i Ci ludzie mieli prawdopodobnie więcej szczęścia niż rozumu.
Na Kazbek trzeba iść wolno jak nie ma się wcześniej aklimatyzacji, czyli 2/3 noce po drodze na szczyt to moim zdaniem minimum.
Dla mnie jofilizowane jedzenie, w zimie, nie wystarczało. Uważam że trzeba mieć normalne jedzenie, produkty które się lubi i które na wysokości będzie człowiek jadł ze smakiem. To dlatego, że jeść się nie chce a przecież trzeba.
Picie wody również jest bardzo ważne. W połączeniu z koniecznością rozpuszczania i gotowania śniegu, potrafi byś dodatkowo uciążliwe.
W brew pozorom uważam że przy odpowiednim przygotowaniu logistycznym i sprzętowym, np. lekkie narty. Kazbek zimą może być łatwiej osiągalny niż latem. Na nartach pod górę idzie się szybciej, strumienie, skały, piargi przykryte są śniegiem. Zjazd zaoszczędza czasu.
Przewyższenie z Kazbegi to około 3300 metrów w pionie. Trzeba przejść plus minus 17km w jedną stronę by dotrzeć na szczyt.
Innym powodem dlaczego tą górę trzeba respektować jest fakt, że większość trasy prowadzi w terenie, jak to mówią, średnio trudnym. Czyli wymagającym skupienia ale nie wymagającym umiejętności wspinaczkowych, przynajmniej do ostatniego podejścia.
Taka trudność sprawia, że większość ludzi mających blade pojęcie o górach może podjąć się tego wyzwania, przynajmniej w lecie jak sądzę. Haczyk jednak polega na tym, że jak to mawiają specjaliści, teren średni trudny jest najgorszy.
Nachylenie stoku 25-45 stopni sprawia że ludzie idą bez asekuracji, ale upadek może się skończyć tak samo jak podczas stromszych odcinków.
Dwa, lawiny w takim terenie nie schodzą od razu samoczynnie a po czasie lub poprzez podcięcie lub sztuczne wywołanie. Innymi słowy są nieprzewidywalne.
Trzy, załamanie pogody na wysokości np. 4000 m n.pm. może być tragiczne w skutkach i o ile mi wiadomo to właśnie pogoda jest odpowiedzialna w pierwszej kolejności za wypadki na Kazbeku. Teren średnio trudny może zmienić ocenę sytuacji na niekorzyść. Na ścianie jak wieje i pada to się ucieka a w terenie średnio trudnym człowiek się zastanawia. W Tatrach wiele razy widziałem takich zastanawiaczy.
Na koniec dodam że Kazbek ma coś w sobie co sprawia, że chce się tam wrzucić. Jest ładną górą, ma ładny kształt a wspomniane zróżnicowanie terenu, połoniny, strumień, lodowiec, podejście pod stację meteo, znowu lodowiec, atak szczytowy, sprawiają, że człowiek przypomina tam bohatera gry komputerowej lub filmu przygodowego. Zmaga się z coraz to nowymi przeszkodami i przygodami :). Bardzo pouczającymi z resztą.












Komentarze
Prześlij komentarz